wtorek, 9 września 2014

Jak to, kurwa, odcięliście nam prąd?!

Yep.
źródło: lol, Super Express

Godzina 11, siedzę w kop-robo(cie), do której dotarłem jakieś 60 minut wcześniej rowerem. Dzwoni współlokator.

-Karol, a wiesz może, czemu nie mamy prądu w domu?

O ile dobrze pamiętam, był jeszcze godzinę temu, gdy nonszalancko korzystałem z wszystkich jego dobroci, traktując energię elektryczną przepływającą przez mój czajnik, suszarkę i komputer jako prawo, a nie dobro nabyte. 

-Bezpieczniki wyjebało w przedpokoju, weź taboret i je obczaj.

-Z bezpiecznikami wszystko ok, główny też, a sąsiedzi mają prąd i na klatce też wszystko chodzi.

Szkkurwww. Google, spółdzielnia, numer, dzwonię.

-My nic nie wiemy, może Pan zadzwonić do naczelnego elektryka tutaj u nas.

Dzwonię do naczelnego elektryka tam u nich.

-Wie Pan ja już tam pół roku nie robię u złodziei, ale ten gość teraz robi za mnie (podaje numer)

Dzwonię do tego gościa co robi teraz za niego. Numer martwy.

Fuuuuuuuuuuuuuuuck, dobra, dzwonię do dostawcy prądu. W ramach ochrony danych osobowych (po prostu nie chcę, żeby mnie pozwali) nazwijmy ich roboczo Srenea.

-Dzień dobry z tej strony Imię i Nazwisko, a.k.a. Babka #1 z działu obsługi klienta firmy Srenea, jak mogę pomóc?

Po opowiedzeniu jej swojej smutnej życiowej historii, Babka #1 wprost oznajmiła przy akompaniamencie rytmicznego stukotu w klawiaturę, że odcięli nam prąd.

Patrz tytuł wpisu.

Ano, kurwa, tak to! I miała rację. Tak to niestety jest u osób średnio zorganizowanych; myśli się o jakimś szicie do zrobienia tak długo, że po czasie mózg odhacza tę pozycję z to-do listy. Żeby jeszcze chociaż była zrobiona.

Rzuciłem się do kompa i jak najszybciej zrobiłem przelew.

Dzwonię. Odbiera Babka #2.

- Czy ja mogę prosić o przełączenie do Babki #1?

- Nie, proszę Pana, my tutaj nie przełączamy.

Okazało się, że muszę do godziny 15stej wysłać im potwierdzenie przelania im kwoty 258 zł i 20 gr. Jest 14sta. Luzik. Wysyłam. Podobno miałem od razu dostać odpowiedź mailem. 14:30, nie ma. Dzwonię. Odbiera Babka #3. Znowu opowiadam jej całe to gówno. Ok, spokojnie, mail zaraz pewnie będzie. Przelał Pan 258,60, tak?

Ejejejej, jakie SZEŚĆDZIESIĄT GROSZY? Miało być dwadzieścia!

Oj, to Babce #2 musiało się pomylić... Wie Pan, ale tu procedury, więc musi Pan przelać nam te....


Nie kończ.

Przelałem jebane 40 groszy i wysłałem potwierdzenie. 14;50. Zero odzewu. Dzwonię. Odbiera Babka #4. Podminowany mówię jej, jak sprawa wygląda. Wie Pan, to może coś z tym mailem jest nie tak? Może Pan wysłać z innego?

TAKMOGĘOCZYWIŚCIEJUŻZARAZBŁAGAMNIEROZŁĄCZAJSIĘBOTŁUMACZENIA TEGOPORAZKOLEJNYNIEZNIESE

Bang! Obydwa potwierdzenia poszły dla odmiany z dżimejla. Piętnasta. I jak, są? Nie, proszę Pana, nie ma. Już po 15, nie ma szans na prąd dzisiaj.

Gotuję się w środku. Przed oczami wizja rozmrażania lodówki i zamrażarki, braku światła, prądu, Internetu, ciepłego jedzenia. 15:15. Nie mam nic do stracenia, dzwonię jeszcze raz. Odbiera Babka #5. Biorę siedemnaście głębokich oddechów i opowiadam. To wie Pan co, ja Pana przełączę do naszego kolegi, on się najlepiej na tym zna.

(!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)


... jakaś część mnie umarła. Jak to_mnie kurwa_przełączysz. To wcześniej się nie dało? 

Opowiadam gościowi co jest grane. Straciłem wszelką nadzieję, W głowie mam wizje polowania na osiedlowe zwierzęta dzidami, rozpalania ognia na środku pokoju krzemieniem i bicia się ze współlokatorami na patyki o dominację w stadzie. 

Wie Pan, moment, sprawdzę. Minęła minuta. Proszę Pana, najmocniej przepraszamy! Od dwóch dni mamy tu zapchaną skrzynkę, nic nie pobiera! Że też nikt wcześniej z Pańskich rozmówców nie zauważył... Przyszły wszystkie maile od Pana. Wszystko się zgadza, dzisiaj oczywiście już nic z tego, ale przesunąłem Pana na początek listy oczekujących na podłączenie, jutro będzie. Opłata za ponowne przyłączenie wynosi 100 złotych


...i będzie dołączona do następnej faktury. Dziękuję Panu bardzo, do usłyszenia!



BONUS:

Prąd wrócił jakimś cudem o 18stej. W międzyczasie, korzystając z okazji, rozmroziliśmy lodówkę i zamrażarkę, ale nie było co zrobić z kupą mrożonek, które szlag by trafił. Pomyślałem: pójdę do sąsiadki. Bardzo miła starsza Pani, o której zawsze mi się wydawało, że te parędziesiąt lat temu była zajebistą dupą. 

Do dziś ma fajne cycki.

Ja w dresach, zmęczony, trzymam worek pełen kiszących się już powoli we własnych sikach mrożonek. Otwiera jej mąż. Zza trzymającego drzwi na szerokość łańcucha łypie złowrogo na mnie Janusz. 

- O co chodzi?
- Przepraszam, czy jest może Pańska małżonka? 
- Eeeeeeeee...y..........nie ma.
- Aha, no dobrze, wie Pan, my tu awaria prądu, mrożonki, szkoda wyrzucać, blablabla...
<z kibla wychodzi w międzyczasie jego żona, gość chcę ją ukryć poprzez przymknięcie drzwi i uciszenie jej>
- CO TAM HENRYCZKU, KTO TO TAKI?!
(...o Ty stary capie jebany Ty)

Zniesmaczony patrzę się na Henryczka, on patrzy się na mnie, po około 6 sekundach patologicznie wręcz niezręcznej ciszy, Henryczek wypala:

-No, okłamałem Pana. Myślałem, że jesteś Pan jakiś Jehowy czy coś.


czwartek, 21 sierpnia 2014

Dożywotnia gwarancja? Bez paragonu? Ale że jak?

Mówi się o benzynówkach Zippo, że naprawdę trzeba się postarać, żeby którąś uszkodzić. Jest to stwierdzenie jak najbardziej prawdziwe. Zapalniczki Zippo są w stanie przeżyć upadki, rozjechanie, utopienie, całkowite podpalenie i długotrwałe wystawienie na mróz; sprawdziłem każdą z opcji, oczywiście przez przypadek.

Fine, głupotę.

Mosiężna, wytrzymała obudowa, a przede wszystkim maksymalnie uproszczona konstrukcja skutecznie chronią zapalniczkę przed różnymi uszkodzeniami.

No, chyba, że jesteś Sebastianem.

(raczej odradzam fullscreen, quality - shit)


Zastosowanie odpowiedniej siły kinetycznej, lub jak kto woli: jebnięcie o beton podczas gwałtownej ucieczki od niespodziewanie odpalonej fioletowej racy dymnej skutecznie wyłamuje zawias (1) oraz wygina komin (2). Well, shit happens.


Co ciekawe, to wciąż nie powstrzymało zapalniczki przed działaniem; niestety, niedomykająca się obudowa i luźne w skutek wygięcia komina kółko trące sprawiały, że zapalenie szybko odparowującej (przez nieszczelność) benzyny było utrudnione. 

Ale czekaj, czekaj? Czy one wszystkie nie mają dożywotniej gwarancji?

Ano, mają, i to jaką. Niepotrzebny Ci paragon, niepotrzebny dowód zakupu ani oryginalne opakowanie. Jedyne, czego do szczęścia trzeba, to truchło  oryginalnej zapalniczki. 

Może być złamane, postrzelone, rozpierdolone w drobny mak w Wielkim Zderzachu Hadronów, który takowej funkcji prawdopodobnie nie oferuje - you name it. Byle logo wraz z numerami seryjnymi były widoczne.

Tak naprawdę najgorsze, co może spotkać zapalniczkę Zippo to jej zgubienie; chyba, że zdarzyło Ci się wcześniej przypadkiem stopić metalowy przedmiot w kieszeni lub rozbić go na atomy.

Jako, że palaczem jestem zdecydowanie okazjonalno-imprezowym, nie spieszyło mi się do przywrócenia funkcjonalności mojej zapalni. Prawdę mówiąc, to nie chciało mi się ruszyć dupy, żeby ją wysłać. Ale że od marca tego roku pracuję w miejscu, które na wyposażeniu ma pierdylion kopert i materiałów biurowych, a do tego sąsiaduje w śmiesznej odległości z pocztą - ok, let's do this shit.

Zapalniczkę trzeba osuszyć z całej benzyny, jeśli trzeba to umyć ze śladów miejsca zbrodni i spakować do zwykłej koperty bąbelkowej z dołączoną w środku kartką z podanym adresem zwrotu. Do tego drobniaki na przesyłkę.

And that's it. Koniec roboty.



Fajną filozofię mają.

We don't make that promise lightly. We know that behind every Zippo product sent for repair is an owner depending on our promise to get it back in working order. Whether a lighter is five years, 25 years, or 50 years old, it will serve as a dependable source of flame for years to come. We guarantee it.

Your lighter will be repaired at no charge and returned promptly to you usually within 4-5 weeks.

Uszkodzoną - naprawią. Zniszczoną - wymienią. Bez wyjątków. Na powrót mojej zapalniczki czekałem 4 tygodnie z hakiem.



...cokolwiek.

Co ciekawe, w środku niewielkiej koperty, była... 

...znana mi niewielka koperta. A w niej:


Long time no see. 

Oryginalna obudowa z przyspawanym nowym zawiasem. Wkład zupełnie nowy, razem ze świeżutkim  knotem, kamieniem i wypełnieniem.


I mean, how cool is that? Pretty cool. Dobrze było ponownie usłyszeć to legendarne wręcz "klik".


Yep that was me.

Właściwie, to w tym momencie mógłbym ją rozjechać walcem, wpakować w tę samą kopertę, wysłać za te 9 zeta do Niemiec i czekać, aż odeślą mi nową. 

Zippo są fajne.



sobota, 1 marca 2014

"Deszcz?! Litości, mam tylko 256 mega ramu!"

Rok 2003. 

Świeżo po ukończeniu klasy czwartej, z uklepaną podlizusostwem i kuciem średnią 5-cośtam, bo przecież miałem w nagrodę dostać nowego kompa i pojechać na wakacje, jak mi dobrze pójdzie.

...i były to naprawdę dobre wakacje i przepiękna jak na owe czasy konfiguracja: Duron 1,4 Ghz, miażdżące 256 mb RAM i wyciskająca siódme poty z ówczesnego 3D Marka karta GeForce... 2? 4? Jak ty się mendo nazywałaś...?

Nieważne. Wiem, że w 3D Marku było demo a'la Matrix. Było slow-mo. Wreszcie mogłem uruchomić Max Payne'a i Duke Nukem: Manhattan Project. Nie klaciło. Nie sypało błędami. Badass. 

Skądś załatwiłem spiraconą wersję GTA: Vice City. Ależ to był sandbox. Do dziś niepobity klimat kolorowych lat 80-tych, które tak ukochałem. Ogromna kopalnia frajdy i popkulturowych odniesień. Gra, którą się odpalało, po to, by w nią grać. Bez achievementów, nawet bez konkretnego celu, bez multi. 

Cieła czasem, oj cieła. Szczególnie, że Windowsa Millenium (ehehehhe) skutecznie zasyfiłem jak okolice śmietnika w moim pokoju.

"Deszcz?! Litości, mam tylko 256 mega ramu!"

Aż musiałem go wyłączać kodami. 

Ale się grało. Stacjonarka za kupę kasy, kobylasty monitor CRT. Mamo, mogę pograć? 


Rok 2014. 

Przyszedł czas na zmianę telefonu. Bo oferta dobra, bo lubię T-Mobile, bo stały klient, bo poprzedni w afekcie rozjebałem o chodnik. Smartphone z górnej półki, bo pancerny, szybki, ze sporym wyświetlaczem i bo za mniejsze pieniądze daje radę czemukolwiek, co wypierdziało Apple.

Koniec końców to jednak telefon. Granie na handheldach mi dość skutecznie przeszło - PSP leży i obrasta kurzem od lat, na poprzednim telefonie tylko kretyński Flappy Bird.

W dziale na thepiratebay szukam płatnej wersji jednej z apek do skanowania OCR. Patrzę:

Vice City.

TO Vice City :D ? Wow. 

No tak, nic dziwnego. Całe lata temu wyszło na PSP przecież, choć brzydkie i toporne. Liberty City Stories bodajże, zupełnie mnie minęło.

Pobrałem, odpaliłem.

Ja wiem, że to nikogo już nie dziwi w dzisiejszych czasach; ot, wialkie mi halo, gra 3D na telefonie. Nawet i mnie to nie ruszyło, od dawna wiedziałem, że "się da". Czym innym jednak jest być czegoś świadomym, a doświadczyć tego na własne oczy, szczególnie z właściwym bagażem emocjonalnym.

Tak naprawdę to tylko z właściwym bagażem emocjonalnym.

Gra ruszyła, jak żyleta. Na najwyższych ustawieniach obejrzałem pierwszą cut-scenkę z "Broken Wings" Mr Mistera w tle. Wsiadłem w zaparkowanego pod biurem Kena Rosenberga Admirala i pojechałem jak ostatni pirat drogowy do pięknie oświetlonego nocą hotelu Ocean View, gdzie powitała mnie w recepcji znajoma piosenka i klimatyczna, kręcąca się różowa kaseta robiąca za save point.

Niech będzie, byłem po dwóch piwach. Oderwałem wzrok od wyświetlacza. Coś mną trzepnęło po prostu.

Ile to już? Jak to wyglądało te 11 lat temu? JEDENAŚCIE!? Matko.

Gra na dwóch płytach, błogosławieni Ci, co mieli "wypalarki", "opiekacze" (nagrywarki CD) i płyty mogli przegrać w locie. Kurwa, gimby nie znajo. Dziś pobrać Vice City to kwestia 2 minut na obecnych łączach, wliczając wciśnięcie "pobierz", czy kliknięcie innego magnet linka. W 2003 przez dwie minuty to ja słuchałem jak mój modem wygrywa mi "the song of his people", piszcząc wyrytą przeze mnie jak amen w pacierzu melodię, radośnie migając diodami i doprowadzając moją Mamę do szewskiej pasji, bo cholerny telefon znów nie działa.

Zainstalowała się? Bez błędu, choć płyta porysowana, bo przechodziła z rąk do rąk? Uff. Odpalamy! Pójdzie? Ach, no tak, crack jeszcze. Ty, jak to się robiło? Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaał, co graaaaafaaaaaaaaa... Ale fajne auto, wygląda na szybsze od mojego. Lepiej ukradnę. A nuttertools daje Ci miniguna! 

And here I am. Urządzenie ważące 170 gram. Składające się w jakichś 70% z wyświetlacza i baterii. Plus trochę krzemu, szkła i alluminium. Żeby to tylko do grania służyło... Choćbym się skichał to nie wymienię nawet połowy jego funkcji.

A że skurczybyk wodoodporny to już w ogóle jakiś żart jest.

Nie potrafię tak dobrze nazwać tego, co czuję. Potrafię tylko iście modernistycznie przenieść się błyskawicznie wspomnieniami do własnego umysłu sprzed 11 lat i równie szybko teleportować się z powrotem do chwili obecnej. Trochę tak, jakbym patrzył na dwie fotografie tego samego miejsca; jedno sprzed bardzo wielu lat, drugie dużo bardziej aktualne. Mogę porównać to uczucie do trzymania tych zdjęć w dłoniach i przeskakiwania oczami z jednego na drugie.


W gruncie rzeczy, to nawet nie do końca wiem, o co takiego mi w tym momencie chodzi?


Jaram się technologią? Tym, że względnie ogromnych rozmiarów maszynę zminiaturyzowano do setki razy mniejszego, wielokrotnie wydolniejszego, płaskiego bzdeta? Że obsługa i zabawa w tę grę sprowadza się do poklikania w obrębie kilkunastu cm2 i mazania kciukami po ich płaskim obliczu?

Tym, że mimo tylu lat od upłynięcia premiery Vice City nadal się trzyma, ma status legendy, ocieka klimatem i z każdym moim do niej podejściem wyławiam kolejne smaczki? I nadal dobrze mi się w nią gra, mijając jak się okazało znane na pamięć lokacje i przypominając sobie co lepsze kwestie bohaterów? Go get some sleep, he says.

A może chodzi o to, że 11 lat minęło szybko jak skurczybyk, choć w międzyczasie tak naprawdę wydarzyło się kosmiczne wręcz dużo? Że mimo tej przepaści nadal potrafię wrócić do tych czasów tak dogłębnie i z taką immersją (to chyba kalka z angielskiego), że gdy przestaję o nich myśleć, to aż muszę potrząsnąć głową i mrużyć oczy, jakbym budził się ze snu? 

Albo podświadomie jara mnie to, że w przeciągu kilku minut dokonałem kradzieży, "instalacji" metodą kopiuj-wklej i uruchomienia gry, przy której zdobyciu trzeba się było kiedyś trochę natrudzić?

Cholera, nie mam pojęcia. Dużo tego wszystkiego. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jestem w tych spostrzeżeniach sam i może ktoś czytający ten zrzut przemyśleń, mimo jego toporności i niezdecydowania, będzie wiedział, o co chodzi?

Ciekawe, jak bardzo z politowaniem będę patrzył na tę notkę za kolejne 11 lat. Co będzie przedstawiała trzecia fotografia?

http://www.youtube.com/watch?v=n4RjJKxsamQ&feature=kp

wtorek, 16 lipca 2013

Dlaczego warto sikać do zlewu?

Zdaję sobie sprawę, że poniższy wywód jest skierowany do czytelników ze wskaźnikiem falluso-dodatnim. I've seen some shit on the Internet, w dodatku mam całkiem bujną wyobraźnię, dzięki czemu wiem jedno - sikanie Pań do zlewu to poroniony pomysł. ALE...! Tym razem wyjątkowo nie straszę, że to kolejny tekst w którym albo bezkresnie rantuje jakąś biedną grę, lub wychwalam ją pod niebiosa - tym razem wszyscy jesteście zaproszeni, bo temat może się okazać bliższy, niż się wydaje. W dodatku, powiedzmy sobie szczerze, każdy lubi gadać o szeroko pojętym wydalaniu. Każdy. A jak nie lubi, to w głębi duszy tego pragnie, tylko się wstydzi. Zanim jednak....

Disclaimer: nie odróżniam zlewu od umywalki, w moim chorym świecie zarówno to coś w kuchni jak i w łazience współdzielą określenia. W kontekście sikania jednak mam na myśli ten łazienkowy.

Disclaimer #2: nie, nie sikałem u Ciebie na chacie do zlewu. Prawdę mówiąc rzadko robię to we własnym mieszkaniu: albo kibel musi być zajęty, albo musi mi się bardzo nie chcieć\spieszyć. Będę jednak bronił tego procederu, gdyż uważam go za słuszny, a już na pewno całkowicie niegroźny.


No ale ok, do brzegu. Powodów dla którego sikanie do zlewów jest słuszne i zbawienne jest multum. By dostrzec jednak zalety tego wspaniałego procesu, trzeba pozbyć się pewnych barier i odciąć się od sztywnych zasad, których bardzo często trzymamy się tak naprawdę bez większych podstaw, nieświadomie stając się hipokrytami; no bo jak to tak?! Do zlewu? Moczem?!

A jednak!


1) Jak powszechnie wiadomo, zlew (łazienkowy, gwoli ścisłości) służy do mycia niektórych części ciała lub przedmiotów, do napełniania naczyń lub do obrastania w osad z mydła i ścięty zarost współlokatorów. Regular everyday zlew stuff. I takie oto jego zastosowanie nikogo specjalnie nie dziwi ani nie boli. Ze świecą jednak szukać osoby, którą komunikat "Sikam do zlewu." nie zniesmacza lub nie obrzydza. 

"Bo zlew nie do tego służy!" 
"Bo do sikania jest kibel!" 

Głównym argumentem przeciwko urynowaniu do zlewu jest fakt, że nie takie jest jego zastosowanie. Ale jakby spojrzeć na to z innej perspektywy, to tak naprawdę równie trudno będzie znaleźć człowieka, który przy różnych czynnościach ZAWSZE trzyma się utartej ścieżki, właściwych zastosowań przedmiotów, czy ich cholernej instrukcji obsługi! W takich momentach pytam się: korzystasz z patyczków do uszu...? O, rly? Ło, to super, serio.  

BO NIE SĄ KURWA DO USZU! 

Lubisz seks oralny, podoba Ci się koncepcja penisa w ustach partnerki\partnera, a może Twoich? Tak? 

NO TO KURWA FATALNIE, BO PENIS SŁUŻY DO SIKANIA I DO ZAPŁADNIANIA, NIE DO WKŁADANIA DO JAMY GĘBOWEJ. 

A może otwierałeś piwo o blat stołu, bujałeś się na krześle, nosiłeś odwrotnie czapkę z daszkiem? 

Oczywiście, że się straszliwie dopierdalam. Tym bardziej, że jestem pierwszą osobą do robienia jetpacka z grabii; potrzeba matką wynalazków i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Trzeba się jednak mocno zastanowić: czy nie jest aby tak, że akceptujemy bardzo wiele przypadków, gdy czegoś używa się nie tak, jak powinno, a na niektórych wieszamy psy, mimo iż to tak naprawdę jeden chuj...?



2) "ALE JA W TYM ZLEWIE MYJĘ ZĘBY, TO OBRZYDLIWE!1" 

Mmm, jeden z moich ulubieńców. Faktycznie, koncepcyjnie siki pasują jedynie do kibla, nie do zlewu. Ale czy gówno pasuje do wanny? 

"NO NIE, JAK TO, JA SIĘ W TEJ WANNIE MYJĘ!!1". 

Sure, no pewnie. Ja też.

SZCZEGÓLNIE PO SRANIU.

W tej wannie też pewnie myła się w tym tygodniu Madzia, a przecież miała okres! I Jasio też się mył, a jaki spocony wrócił z wuefu! Sebek też się w niej doczyścił, po tym jak się cały obrzygał, bo ostatnia kolejka nie weszła. 

Bardzo często pewne rzeczy z miejsca się odrzuca, bo wydają się nam obrzydliwe; nie przeszkadza nam to jednak w akceptowaniu dużo większego gnoju, który z racji swojego permanentnego miejsca w naszych życiach tak naprawdę nam zwisa. Korzystanie z tej samej wanny w której każdy zmywa z siebie swoje płyny ustrojowe, siadanie na desce na której ktoś wcześniej rozcapierzył swoje dupsko i jak ostatni zwyrodnialec się po prostu złamał... Można by wymieniać, ale po co? Wniosek jest jeden: siki do zlewu pasują równie dobrze, co reszta płynów do innych urządzeń sanitarnych. 

W dodatku, jak to się mówi... "Świat dzieli się na tych, co sikają pod prysznicem, oraz na skończonych kłamców".

3) "SIKANIE DO ZLEWU HIGIENICZNIE? NO TO CHYBA JAKIŚ ŻART JEST, NIBY JAK?" 

Wcale nie żart, jak się okazuje. Tutaj specjalnie rozpisywać się nie trzeba, bo to jest sobie w stanie wyobrazić każdy. Co by jednak trafniej zobrazować: weźmy szklankę wody i miskę. Zawartość szklanki wlejmy do miski z wysokości metra. Dammit, trochę się porozlewało. A teraz ten sam proces powtórzmy, ale dystans między naczyniami zmniejszmy do 5 centymetrów. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że gnój dookoła miski będzie mniejszy. Oczywiście, muszla klozetowa i miska różnią się diametralnie - kształtem, gabarytami, a i do miski raczej się nie wali klocka. Raczej. Dzięki innej konstrukcji, kibel zatrzymuje większość lanych doń płynów w środku. 

WIĘKSZOŚĆ. 

Nie ma żadnej kurwa gadki, szczając do kibla na stojąco, choć tego nie widać, pryska się dookoła. Oczywiście, każdy szanujący się sikający temu zaprzeczy. Jednak skoro celność wynosi ponad 100%, to dlaczego kible prędzej czy później zaczynają jebać szczynami? Albo ściany dookoła? Prosta fizyka moi mili: siła uderzenia strumienia moczu o ścianę kibla sprawia, że jakaś niewielka jego część się odbija i wędruje dalej jako małe cząsteczki w formie prawie że aerozolu, czyli substancji rozprowadzanej za pomocą gazu, w tym przypadku powietrza. No i powiedzcie mi, że wysikanie się z odległości 5 cm, bez rozbryzgu, po ściance, wprost do strumienia spływającej do zlewu wody nie jest czystsze. Tym bardziej, że w tym samym zlewie zaraz myje się ręce mydłem, które go dodatkowo oczyszcza. Kibel tego luksusu nie oferuje - ba! - po wysikaniu się, przed umyciem rąk w zlewie, dotykane są deska, spłuczka, klamka... 

4) Ech, niech będzie. Miałem o tym nie pisać, bo na sam dźwięk "eco" czy "green" odbezpiecza mi się granat w kieszeni, ale może warto. Sikanie do zlewu jest bardziej ekologiczne. Powiedzmy sobie szczerze: kto po odlaniu się do kibla myje w nim potem ręce? No nikt, tylko spuszcza się wodę. A po zrobieniu tego do zlewu, ręce są myte w tym samym miejscu, ze zdecydowanie mniejszym nakładem wody - przeciętna ilość wody w rezerwuarze każdego klopa to 6 litrów, czyli 4 duże butelki wody mineralnej, 6 kartonów mleka... To chyba mówi samo za siebie. Sika się częściej niż sra, więc odcedzając się do zlewu na luzie można zmniejszyć bezlitosne napierdalanie wodomierza nawet trzykrotnie. Hooray, niech żyją wieloryby, niech żyje trawa.


Chciałbym, żeby powyższy wywód chociaż trochę pokazał w innym świetle wspaniały świat sikania do zlewu. Marzy mi się, żeby Ci praktykujący oddawanie moczu wprost w połyskliwe, ciepłe oblicze umywalki byli wreszcie uznani za bohaterów walczących o czystość, środowisko i szczerość wobec samych siebie, a nie jako zwyrodnialcy. 

Droga czytająca\czytający - spójrz na to z nowej perspektywy, doceń, gdy Twój mężczyzna\współlokator sika do zlewu.

A jak już nie doceniasz, to spójrz na to inaczej i skończ z tym świętym bólem dupy. Ciesz się, że do niego nie sra.


niedziela, 21 kwietnia 2013

8 powodów dla których Far Cry 3: Blood Dragon jest zajebisty

tl;dr - Far Cry 3 Blood Dragon jest zajebisty;  SZTOS, KOT, W OPÓR DOBRY, play it kurwa.

Są takie gry, podczas katowania których ma się uczucie... niedosytu. Takiego swoistego "kurwa, zrobił bym to lepiej". Są też takie gry, których istnienia się nikt nie spodziewał, gry zrobione pod bardzo wąską grupę fanów, można by nawet rzec, że dla jaj. Takie ekstremalne parodie, jedna, wielka, beka z klasycznych filmów akcji, innych gier, Ameryki, pop kultury i Twojej Starej.

Problem jest taki, że są to zazwyczaj niewielkie, ale pocieszne gry indie, nad którymi siedziała garstka zapaleńców po godzinach, których budżet przewidywał tylko hajs na pizzę, kawę i fap papier. W czasach, gdy gry (a już szczególnie FPS'y) to mega produkcje przypominające bardziej interaktywne filmy niż oldskulowe strzelanki, w dodatku zepsute skryptami i przewidywalnością jak plaster szynki na pustyni, nikt nie myślał nawet, że ktoś wywali taki fuckload siana na produkcję tak oryginalną i niszową. Ze swoją archaiczną wręcz stylistyką, gra powoduje długotrwałą, bolesną erekcję u ~10% graczy którzy na tego typu tandecie się wychowali, a całą resztę zniechęci na dzień dobry, because "meh, kol of djuti ma lepszom grafę a w ogóle to batylfjeld hehe cwelu XDDDDDDD".

A jednak. Ubisoft podwójnie strollował graczy wypuszczając zapowiedź gry w Prima Aprilis, tylko po to by dzień później już naprawdę zrobić ich w chuja informacją, że gra faktycznie istnieje i ma się dobrze. Teoretycznie całe to moje pisanie można o kant dupy rozbić, bo poniższy trailer jest tak dobry i tak pieści organ odpowiedzialny za uwalnianie nostalginy, że nawet jak bym się wspiął na wyżyny swoich jakichś tam piśmienniczych zdolności, to i tak niewiele zdziałam. 

                                         
But wait, ja tu jestem by się tą grą jarać, a nie reklamować. And boy, believe me, I did. Ladies and gentlemen... 

8 POWODÓW DLACZEGO FC3:BD JEST ZAJEBISTY:
spoilers ahead. zostaliście ostrzeżeni.

1) Od strony technicznej: gra jest na dokładnie tym samym enginie co "oryginalny" Far Cry 3. It's gorgeous, it's stable and it's optimized. Gra się nie sypie, śmiga bezproblemowo na słabszym sprzęcie, a i zupełnie przy okazji nie straszy jak pierwsze spotkanie z Minecraftem, gdy zostanie uruchomiona na starszym hardwarze. Tym bardziej, że twórcy mieli już sprawdzony warsztat, pracowali na czymś, co już wcześniej osiągnęło niemały sukces, a i roboty było niewiele - ogromna ilość elementów środowiska i obiektów jest żywcem wyrwana z Far Cry'a 3. Cała ta copypasta (zwierzęta, pojazdy, rośliny) została oblana cysterną chromu, neonów i świecących elementów. Ah, also praktycznie wszystko w tej grze jest cyborgiem. 

2) Stylizacja. Na całą produkcję narzucony jest czerwony filtr i "efekt monitora", którego z braku wiedzy lepiej nie nazwę. Ale wygląda to trochę jakby się patrzyło przez kamerę, co niejako uwierzytelnia fakt, że główny bohater ma cybernetyczne oko. Sama czerwień bardzo przypomina sposób, w jaki widział filmowy Terminator: 
                          


3) Speaking of which... MOTHERFUCKING MAIN PROTAGONIST. Tu się specjalnie nie ma co rozpisywać: Rex Power Colt, śmiertelnie ranny podczas Drugiej Wojny w Wietnamie, skurwysyńskim nakładem siana przywrócony do życia jako cybernetyczny komandos którego 85% ciała jest syntetyczne, totally badass american hero który ratuje świat przed zagładą, bzyka cycatą Panią naukowiec, regularnie sypie Duke Nukem-style sucharami, pokazuje middle finger za naciśnięciem klawisza F (przypadek...? nie sadzę) , regularnie w swoich poczynaniach odnosi się do robienia loda i jest praktycznie niezniszczalny. Zarówno bohater jak i cała gra jest po prostu DO BÓLU stylizowana na złotą erę "gównianych" filmów akcji\science fiction, które to na VHS zdobiły w latach 80-tych i 90-tych niejedną półkę koło magnetowidu u jakiegoś zapaleńca. Goddamit, prawie zapomniał bym wspomnieć! Wszystko to miało by się nijak, gdyby nie cudowne spoiwo które czyni Rex Power Colta tak zajebistym: głosu podkłada mu nie kto inny jak Michael Biehn, czyli filmowy Kyle Reese z pierwszego Terminatora. Ze swoim charakterystycznym szorstkim głosem bezbłędnie dopełnił kreowaną przez siebie postać. Gościa aż chcę się słuchać podczas grania; osobiście WYCZEKIWAŁEM jego ociekających testosteronem i tak dobrze dobraną wulgarnością komentarzy.

4) Bronie. To chyba właśnie tutaj namierzyłem pierwsze inspiracje jakich użyli twórcy. Sam zestaw jest wyraźnie uboższy niż w pierwowzorze, ale fuck me, daje dużo więcej radochy. Podstawowy pistolet jest ewidentną zrzynką z RoboCopa, z czym twórcy nawet się obnoszą. Co lepsi znawcy (khem, khem) od razu wyczują. że A.J.M. 9 (bo tak się owy gnat zwie) oznacza nic innego jak Alexa J. Murphyego, czyli głównego bohatera zajebistego RoboCopa, który (suprajz, maderfaker) był śmiertelnie rannym policjantem w Detroit, którego odbudowano jako cyborga. Sam pistolet do bólu przypomina filmowego Auto 9, więc co do inspiracji nim nie ma żadnych wątpliwości. Również z RoboCopa zaciągnięty jest karabin snajperski Kobracon, który w filmie siał spustoszenie pod nazwą Kobra Assault Cannon. Obydwa strzelają wybuchowymi pociskami, obydwa wyglądają jak Barret M82A1. Yummy. Jest i także oldskulowa strzelba "Galleria 1991", która już nawet nazwą jest w stanie się skojarzyć z Terminatorem 2, gdyż jej pierwowzór w 1991 brał czynny udział w świetnej scenie wymiany ognia w budynku o nazwie Galleria. W dodatku obydwa gnaty są lever-action shotgunami, przeładowywane w ten sam, charakterystyczny dla Terminatora sposób, w którym broń wykonuje obrót o 360 stopni. Naturalnie, w grze tak bardzo zaciągającej z filmów ze Schwarzenneggerm nie mogło by zabraknąć JEBANEGO MINIGUNA. Ba, pierwsza rzecz którą w grze przychodzi robić jest rzyganie ołowiem z zamontowanego na pokładzie śmigłowca działka, które sypiąc pociskami smugowymi powoduje tak wspaniały koncert wybuchów, dźwięków i feerie barw, że ten moment powtarzałem kilka razy za każdym ubolewając, że jest taki krótki. Dodatkowo tej scenie towarzyszy bezbłędna Long Tall Sally Little Richarda, która w identycznych okolicznościach rozbrzmiewała przy okazji początkowych scen Predatora. 

5) Muzyka. Jak to mówią, lepiej późno niż wcale. Z tego własnie tytułu cieszę się, że to własnie dzięki standalone dodatkowi do Far Cry'a 3 miałem przyjemność poznać Powerglove, czyli ekipę stojącą za ścieżką dźwiękową produkcji. Wprawione ucho od razu wyczuje inspiracje, szczególnie Terminatorem 1 i 2.  Całość momentami także trąca nowym Tronem: Legacy, Blade Runnerem i muzyką z 8-bitowców. Źródeł było jeszcze pewnie wiele, ale resztę odkryję przechodząc grę za czwartym tudzież piątym podejściem. Anyway, Panowie odwalili kawał zajebistej God-Tier roboty tworząc niesamowicie wręcz klimatyczną elektronikę, wyczekiwaną przeze mnie w formie Far Cry 3: Blood Dragon OST, która rzekomo ma zaraz ujrzeć światło dzienne. Czytaj: ktoś ją wrzuci na torrenty. Dla chętnych obczajenia podobieństw: 


6) Wideło. Co prawda cut-scenek jest tyle, co kot napłakał, ale ich niewielką częstotliwość ratuje olskulowy klimat. Są to niespecjalnie ruchome (czasem po prostu stateczne) sekwencje w nie przymierzając 256 kolorach, stylizowane na produkcje z czasów SNES-a. Cierpią na zaawansowaną pikselozę i tak bardzo nie pasują do FPS'a z 2013 roku, że to aż piękne.

7) "Smaczki". Pomijając już muzykę, zabawki i bohaterów, twórcy kupili mnie jeszcze jedną rzeczą: dystansem do siebie i swojej produkcji. Gra nie udaje, że mimo niepoważnej tematyki jest poważna. Jest tak naprawdę jebitnym żartem który na każdym kroku puszcza graczowi oczko, albo wykrzywia mordę trollfacem szczerząc przy tym zęby w kształt loga Nike. Od menu przez tutoriale, opisy zadań, nazwy przedmiotów, aż po ekrany wczytywania, gra wprawia w dobry nastrój z każdym takim gagiem lub namierzonym easter eggiem. Przykłady? Znalazłem rozbity śmigłowiec z niewyklutymi jajami filmowych Alienów, przyszło mi w ramach misji ubić 4 zmutowane żółwie żyjące w kanałach, nasłuchałem się tekstów z RoboCopa i Terminatorów, razem z głównym bohaterem cisnąłem z Assassin's Creeda (przy okazji zbierania porozrzucanych po mapie telewizorów Rex wypala "I hope I wont have to collect any fucking feathers") i wiele, wiele innych. Jak to zwykle bywa przy opowiadaniu osobom trzecim jakichś żartów sytuacyjnych albo śmiesznych dialogów: żeby to szczerze bawiło, trzeba przy tym być. Przy tej grze się po prostu serio pośmiałem, ale żeby osiągnąć taki efekt trzeba się nastawić na produkcję po prostu głupią, bo inaczej cały fun z grania chuj strzeli jak paczkę drożdży.

W życiu bym nie przypuszczał, że ktoś jeszcze kiedyś coś takiego wypuści. A już szczególnie Ubisoft, czyli ekipa odpowiedzialna za Assassiny, Splinter Celle, Watchdogs, Ghost Recony, Anno i wreszcie Far Cry'e. Czyli: kopalnie złota. I ta własnie fabryka pieniędzy postanowiła wypuścić coś, na czym na bank nie zarobią. Gra której skończenie na 100% zajęło mi 5 godzin, produkcja z tak naprawdę monotonną, za ciemną stylistyką i głupią jak sam skurwysyn fabułą. Gra, która na metacriticu na bank dostanie baty od casualowego gamerowego bezguścia, którzy z bólu dupy (bo gra jest za mało filmowa, albo nichuja nie zrozumieli przekazu) skutecznie zrujnują jej score. Gra, która jak na Ubisoft jest zaskakująco tania. To się wszystko kupy nie trzyma, ale tak bardzo się cieszę, że jest. 

Przyszło mi na myśl podczas grania, że miewam czasem rozkminy w stylu: "Kurwa, jakbym miał miliardy dolarów to OPŁACIŁBYM nowego Descenta, kolejnego Deus Exa, czy jakąś firmę która wreszcie dla odmiany nie spierdoli mi nowego Need for Speeda.". I wonder... może ktoś bardzo chciał takiej produkcji i miał na to siano? "Hi, I want all the crappy action sci-fi movies in one game, transfering 865.093.234 Dolan$ to your account kthxbye". That would be awesome.

-K


środa, 28 listopada 2012

Nostalgia at its finest, czyli o Interstate’76 słów kilka.


Warning: tak samo jak w przypadku poprzedniego wpisu, niezainteresowanym tematyką gier, tudzież tl;dr’owcom niniejszym piszę, że w tym momencie mogą sobie dalszą lekturę śmiało odpuścić.

Po mojej ostatniej recenzji niechlubnego NFS'a, w której to zamieściłem wspomnienie wspaniałego Interstate 76, od moich czytelników dostałem ogrom pytań dotyczących tej gry i drugie tyle pozytywnego feedbacku. Co prawda pytanie było jedno, a pozytywny feedback ograniczył się do  „ku*wa też grałem w intestate :DD” anonimowego autora, no ale cóż. Lata temu, gdy pisałem jeszcze teksty do Action Maga, stworzyłem recenzję – wspomnienie właśnie tej wspaniałej gry. Jak to już bywa ze swoją niegdysiejszą twórczością (a już szczególnie moim brakiem dystansu do własnych wypocin), po odnalezieniu tego tekstu w czeluściach komputera nabrałem nieodpartej ochoty skasowania tego w cholerę. Dlatego też to właśnie nostalgia razem z potrzebą naprawy swojej spuścizny sprawiły, że postanowiłem o tej grze jeszcze raz napisać. O czym więc jest to całe Interstate 76?

         Przede wszystkim jest to gra PC z 1997 roku, pamiętana już dziś jedynie przez starych wyjadaczy, osadzona w roku 1976 w południowo – zachodniej Ameryce za czasów kryzysu paliwowego. Choć w tych latach Stany Zjednoczone faktycznie doświadczyły tzw. „szoku naftowego”, produkcja Activision przedstawia alternatywną, dużo gorszą wersję wydarzeń – fatalna ekonomia, niebotyczne ceny paliw i prawie nie istniejąca gospodarka są powodem wybuchu licznych zamieszek i szeroko pojętego nieładu na terenie całych stanów. Bezprawie jest na porządku dziennym, upośledzone kryzysem organy władzy nie mają żadnej kontroli nad rosnącą przestępczością - jest źle. Walczące o dominację koncerny paliwowe werbują „auto-złoczyńców” (w grze bardzo czujnie zwanych „auto-villains”), którzy pod przywództwem czarnego charakteru gry, Antonio Malochio, sukcesywnie eliminują jakąkolwiek ich konkurencję. Głównym bohaterem gry jest ex-kierowca wyścigowy Groove Champion. Yep, gość ma na imię Groove, regularnie powtarza „grooo-veeeeyy”, a poza tym ma przezwisko „Swinger”. Poznajemy go, gdy dowiaduje się o śmierci swojej siostry Jade i o jej podwójnym życiu – była jednym z najbardziej szanowanych „auto-stróży”, czyli prowadzących zmodyfikowane i uzbrojone pojazdy strażników prawa. Postrzelona przez Malochio, w iście Hollywoodzkiej scenie generującej wkurzenie i żądze zemsty, umierając na rękach swojego partnera – Taurusa, prosi go o odnalezienie Groove’a, który koniec końców odziedzicza po niej samochód i pełnioną funkcję. Celem gracza jest naturalnie pomszczenie siostry, przedtem krzyżując plany zniszczenia rezerw paliwowych Ameryki, czym Malochio chciał rzucić państwo na kolana.

Kampania (nazwana w grze „T.R.I.P.”- Total Recreational Interactive Production) składa się z 17 misji przeplatanych cut-scenkami. Każda z misji to osobne „pchnięcie” fabuły polegające głównie na puszczeniu z dymem wrogich samochodów tudzież dojechaniu w całości do danego punktu. Poza tym, standard: eskorta sojuszników, wyścigi, itp.  Do swojej dyspozycji gracz dostaje ponad 20 wozów, wzorowanych na klasycznych amerykańskich autach lat 70 – od rodzinnych sedanów po muscle cary.  Auta, choć nielicencjonowane, wyglądają niemal identyczne jak ich prawdziwe odpowiedniki, a szczególnie amerykańskie mięśniaki – Dodge Charger, Plymouth Barracuda, Ford Mustang i wiele innych, każdy z nich dowolnie konfigurowalny. Środków do kasowania aut przeciwników jest multum, zamontować można różnego kalibru karabiny i działa, rakietnice, pociski sterowane, moździerze, miny i miotacze ognia. Pojazd można także unieruchomić w inny sposób: wystawiając pistolet przez okno, po czym robiąc w czaszce jadącego obok wrogiego kierowcy otwór kalibru .44 Magnum, czemu towarzyszy głuchy łoskot dziurawego łba opierającego się o klakson. Satysfakcja – bezcenna.

Mimo swoich 14 lat gra do dziś przyciąga kipiącym wręcz klimatem seriali z lat 70-tych – ba, sama w sobie jest na taki stylizowana! Oprócz intro wprowadzającego do fabuły, jest także drugie, będące typową czołówką serialu akcji – urywki najlepszych scen przeplatane listą płac. Nastroje lat 70-tych idealnie buduje także ścieżka dźwiękowa, będąca jednym z głównych atutów produkcji. Jej wykonawcą jest zespół Bullmark, który specjalnie na potrzeby gry nagrał ponad 80 minut fenomenalnego funku. Ze swoim charakterystycznym płaskim basem i gitarowym brzmieniem muzyka towarzyszy graczowi przez cały czas - ba, gracze zapałali do niej taką sympatią, że została wydana na sprzedawanych osobno płytach. Od strony technicznej także nie można było niczego zarzucić. Rewelacyjny jak na tamte czasy model jazdy z realistycznymi poślizgami, skokami i świetnie skonstruowanym silnikiem fizycznym (swoją drogą ciekawa sprawa - Interstate śmiga na engine Mechwarriora 2) do dziś sprawia przyjemność i może się podobać. Na plus zaliczyć trzeba także fakt, że całe środowisko było wykonane w trójwymiarze – od samochodów po cut scenki na silniku gry (!), a mówimy tu o czasach, gdy grafika 3D i wszelkie fajerwerki z nią związane zapierały dech w piersiach, jako że epoka akceleratorów graficznych miała dopiero nastąpić. Swoją drogą, do dziś pamiętam dzień, w którym do zestawu Pentium II 166 Mhz + 64mb RAM Ojciec dokupił mi akcelerator grafiki, Voodoo 2 3D FX. Osiem megabajtów potęgi, to były czasy.

            Choć od strony audiowizualnej grze nic nie dolegało, tak niestety Interstate ‘76 nie ustrzegło się przed innymi wadami. Twórcy dali ciała zdecydowanie ze skrajnie nierównym poziomem trudności – część zadań można było zaliczyć „z miejsca” za pierwszym razem, a niektóre były tak wyśrubowane,  że irytacja towarzysząca ich powtarzaniu po kilkadziesiąt razy chyba właśnie wtedy zapoczątkowała gdakanie światłych i wielebnych na temat wzbudzania agresji wśród młodych przez gry komputerowe. Żeby nie było za kolorowo - gra jako relikt poprzedniej epoki nie wyznawała czegoś takiego jak punkty kontrolne, checkpointy, quick savy czy –  phi! – odnawialne zdrowie lub amunicja. Umarłeś? Nie ma przebacz. Użyłeś kodów? Fajnie, że sobie postrzelałeś, ale spróbuj jeszcze raz, bez oszukiwania. Zawalona misja bezlitośnie rzucała graczowi w mordę złośliwym ekranem „failu”. Dwa lata później, w listopadzie 1999 roku premierę miała miejsce druga część Interstate – tym razem 82’. Choć poprawiła wiele bolączek swojej poprzedniczki oraz zapewniła możliwość wychodzenia z samochodu i zmieniania ich nawet w czasie misji, przyniosła ogromny bagaż własnych błędów i niedoróbek,  od kiepskiego modelu jazdy zaczynając, na najcięższym z grzechów – nudzie i uproszczeniach kończąc.

Mimo leciwego już wieku, gra do dziś jest ciepło wspominana przez rzeszę fanów. Świadczy o tym chociażby ilość związanych z nią filmików i ich wyświetleń na YouTube, razem z przychylnymi komentarzami od niegdyś zagrywających się w nią miłośników. Przystosowana do nowych systemów (na wszystkim począwszy od Windowsa 98 w górę oryginalna gra wywala się na plecy) wraz z dodatkiem jest do kupienia w sklepie Good Old Games, gdzie pod nazwą Interstate’76: Arsenal sprzedawana jest w cenie 6 dolarów. Jest to kawał dobrej, nadal bardzo grywalnej produkcji, choć zdecydowanie dla cierpliwych i upartych graczy, którzy za nic mają sobie wyśrubowany poziom trudności, a regenerujące się zdrowie, savepointy czy inne casualowe rozwiązania wywołują u nich tylko pełne politowania parsknięcie.

piątek, 9 listopada 2012

@!#$%&!, czyli dlaczego nowy NFS: Most Wanted jest do bani


Ten wpis jest właściwie w całości o grze komputerowej, więc Drogi Czytelniku: jeśli masz tę tematykę w głębokim poważaniu, albo obsługujesz tylko myszkę (Simsy, Angry Birds, Farmville), to śmiało zaprzestań lektury.


Gry komputerowe sprawiają, że czas, który mój zmęczony ostatnimi czasy mózg poświęciłby na dalsze pogrążanie się, zostaje zmarnowany w jakby mniej męczący sposób.  Siłą rzeczy więc premiera nowego nfsa wpasowała się idealnie w moje potrzeby. Szkoda jednak, że coś, co tak przyjemnie ostatnimi czasy rozgrzewało, nagle zaczyna parzyć i trzeba przestawić zero-jedynkowy, nie tolerujący kompromisu umysł na wycofanie się, bo jest już za późno. Bałem się, odwlekałem, przegapiłem. No, ale miało być o enefesie.





Zainstalowawszy, odpaliszwy, ch*jstrzeliwszy.

Za grę wziął się nie kto inny jak Criterion Games, autorzy zajebistego Burnouta: Paradise oraz świetnego rimejku NFS Hot Pursuit. Niestety, imponujące portfolio nie uratowało rimejku Most Wanted przed casualizacją oraz szeroko pojętym zrujnowaniem.

Zdaję sobie sprawę, że gangsta-nielegalowy klimat oryginalnego Most Wanted nie musiał wszystkim pasować. Świat rozrywki motoryzacyjnej był wtedy po spałowaniu w głowę wszelkimi Szybkimi i Wściekłymi, Tokio Driftami i Undergroundami, siłą rzeczy więc samochodowy-tuningowy madafakizm był jak najbardziej w cenie. Ze świecą szukać samochodówek (no, pomijając np. Interstate 76 - ktoś to jeszcze pamięta...?), które miały by jakąś wyraźnie nakreśloną fabułę. Nowy Most Wanted fabuły nie próbuje nawet udawać. Po prostu w grze się JEST i się JEŹDZI. Nie ma tam ani jednej postaci, jest bezpłciowo i do dupy. Gry, nawet wyścigowe, które jakąś historię w ramy rozgrywki upychają, potrafią sprawić, że gracz chociaż w minimalnym stopniu się... wczuwa. Tutaj: nope. Masz, BĘDZIESZ GRAŁ W GRĘ. JEDŹ PRZED SIEBIE, PO TO, BO TAK. Jak w oryginale, lista najbardziej poszukiwanych kierowców jest, ale... oh wait, powiedziałem kierowców? Kurde, chciałbym. Tu Razora, Taza, Bulla i całą resztę ekipy zastąpiły SAMOCHODY. Tak więc na szóstym miejscu jest McLaren MP4-12C, na ósmym jakiś Lexus - za skurczybyka nie ma tu nawet grama uczucia przygody albo interakcji z wirtualnym, ale prawdopodobnym światem. Absolutny brak jakiegokolwiek wyższego celu potężnie zniechęca do gry, przynajmniej mnie. 

Co dalej: ZEROWA możliwość personalizacji czegokolwiek. Twórcy wybitnie postarali się, by wszystko w grze było równie jałowe i nijakie. No bo do cholery, czym urzekł pierwszy Underground? Albo Drugi? Oryginalny Most Wanted, Carbon, nawet późniejsze NFS'y z wyraźną tendencją spadkową w grywalności - wszędzie dało się modyfikować samochody. Jakie to było wspaniałe, gdy wreszcie oprócz marki i koloru można było przerobić auto od kół, bebechów, przez nadwozie, kolor, spojlery, bajery, koks, dziwki i lasery... Chciałeś naklejkę? Mówisz i masz. Żarówiasty, różowy kolor? Bring it on. Nowy Most Wanted: WAL SIĘ GRACZU, NIE ZMIENISZ PRAWIE NIC. No jak można było pozbawić grę tego fundamentu, tej wspaniałej możliwości identyfikowania się chociaż w minimalnym stopniu z tą kupą pikseli i polygonów za kółkiem. Tutaj samochody są jak resoraki z pudełka, od początku dostępne wszystkie i nie zrobisz z nimi nic, oprócz "brym brym" na czymś takim:
Swoją drogą, nigdy takiego nie miałem. Obviously byłem nieplanowanym dzieckiem.

Other fuckups: gdzie do cholery jest uczucie "from zero to hero"? Cóż bardziej budowało w poprzednich częściach, jak nie przesiadka z Czinkłeczento na jakiegoś Nissana czy Lambo, a potem ich modyfikacja? Tutaj nie ma nawet elementu finansowego. Nie ma żadnej waluty, którą by się zarabiało i przeznaczało na zakup aut i części. Why? Bo auta leżą dosłownie porozrzucane po mapie, a części  (well, fuck.) NIE MA. Modyfikacje (tylko osiągów aut) zdobywa się po wygranych wyścigach, a montuje się je za pomocą prostego menu obsługiwanego klawą numeryczną. No ja pierniczę, czekam aż w kolejnej odsłonie serii auta będą same jeździły, a zadaniem gracza będzie tylko kliknięcie ikony. A i za to będzie achievement. 

BURNOUTYZACJA. To, jak bardzo widać przeszczepy z flagowego dzieła Criterionu aż boli. Mamy samochodowy resorakizm, skakanie po rampach, błyskawiczne naprawy po przejechaniu przez coś a'la stacja benzynowa (notabene jedyna możliwość zmiany koloru auta, a i tego się nie wybiera), loty na kilkadziesiąt metrów, rozpierdalanie billboardów i gloryfikowanie niszczenia samochodów. GTFO.

Speaking of which... SAMOCHODY. Tu też mnie szlag trafił z siłą wodospadu. Suprajz, suprajz: nędza. Nie będę się specjalnie produkował: zabrakło tu tak wielu legend, nfsowych klasyków, że szkoda gadać. Zastąpiło je za to kilka a'la gokartowych pokrak, auto elektryczne, terenówki, pickupy i generalnie luksusowe supercary. Muscle carów jest tyle, co kot napłakał, japońszczyzna prawie wyparta i za dużo kabrioletów. Do bani.

Poza tym, gra wkurza jeszcze na inne sposoby: każdy wyścig jest poprzedzony (na szczęście skipowalnymi) przerywnikami, których autor był chyba pod wpływem nielegalnych substancji. Ponakładali jakiś kolorowych filtrów, negatywów, padaczkogennych migawek i przejść... Nienawidzę eye candy w każdej postaci.

Jeśli o postęp chodzi, to poza naprawdę ładną grafiką gra nie uchowała się także od innego "musta": dubstepu i szeroko pojętego umcyk umcyk. Jest to najmniej przeszkadzająca mi rzecz, bo chyba już się po prostu przyzwyczaiłem, że dobra muzyka w grach to sprawa na wymarciu.


Od strony technicznej, to trudno się do czegoś przyczepić tak naprawdę. Model jazdy jest w porządku, samochody brzmią jak należy, policyjne radio także. Niestety, to za mało, by tego NFS'a uratować: wszystko, za co pokochałem pierwowzór zostało w rimejku z łoskotem wywalone. Grę wykastrowano i co do tego nie ma wątpliwości, nijakość tej odsłony serii kłuje w gały bardziej niż nagłówki Faktu.

Szanowne Electronic Arts: przestańcie odwalać manianę i wpychać licencję na NFSy komu popadnie. Blackbox nie podołał, Slightly Mad Studios też się nie popisało, teraz dla odmiany ciała dał nawet Criterion. Nikt nie chce cudów na kiju, casualizacji, REWOLUCJI w rozgrywce czy innego szajsu. Wszyscy chcemy po prostu dobrej samochodówki z tuningiem aut i klimatem.